środa, 25 marca 2015

Pierwsza w życiu hodowla Szarańczy !!!

Kolega musiał wyjechać i zostawił mi do opieki 8 szarańczy (w sumie to sama się zgłosiłam).
Jak przyjechałam z nimi do domu mój mąż zagroził przeróżnymi sankcjami, które zrealizuje w momencie opuszczenia przez nie terrarium i wydostania się na działkę, a w zależności od ilości ewentualnych uciekinierów dobierze ciężar kary. Tak, nie ma to jak .....hm, nawet nie mam pojęcia jak to nazwać.

Powiem Wam, że fajowe zwierzątka z tych szrańczy. 

Po pierwsze, nie gryzą! To naprawdę ważne, gdyż nie lubię takich niespodzianek. Gdy trzymałam do tej pory w rękach jakieś zwierzątko, które nagle postanowiło mnie chwycić ząbkami, to ja podsakiwałam jak oparzona, a ono lądowało na ziemi. Całkiem nieświadomie zresztą, właśnie w ten sposób oduczyłam chomika gryźć. Bowiem trzy razy pod rząd wylądował w piaskownicy wypuszczony z moich jeszcze wtedy dziecięcych rąk. Miał farta bo mając parę lat nie byłam wysoka, zatem lot trwał krótko. Grunt, że jak go czwarty raz podniosłam (oczywiście nie miałam ochoty go już w ogóle dotykać) to wstrząsy najwidoczniej przemówiły do niego i już mnie nigdy więcej nie ugryzł.

 
Po drugie, szarańcze mają taką szuflę, którą zdrapują jedzenie. Na głowie zaś mają radary, którymi badają otoczenie. Ich głowa wygląda jak hełm Iron Mena. Chodzi mi o tego czerwonego blaszaka, którego gra Robert Downey Jr, i który ma w klatce piersiowej taki święcący krążek. Świat zwierzęcy wielokrotnie służył jako wzór do wszystkich horrorów, science fiction, fantasy  i najnowszych creepy opowieści.




Po trzecie, są dość ruchliwe, a co za tym idzie ciekawe. Miałam kiedyś na przechowaniu kameleona i jedyna ciekawa rzecz z nim związana jaką pamiętam, to wtedy kiedy jadł. Szarańcze cały czas coś robią. A to jedzą, a to łażą w te i wewte, a to skaczą, a to fruwają, a to kopulują. Co do kopulacji to samica ma przesrane. Samiec włazi na nią i siedzi cały czas, a ona tyra z nim na barach. Samica broni się jak może, ale samiec jest tak do niej skubany przyssany, że nawet jak się kobita do góry nogami obróci to on się trzyma i ani drgnie. Szczęście w tym, że samiec jest mniejszy od samiczki. Co niczego i tak nie zmienia, bo czy wyobrażacie sobie dźwiganie swojego nawet drobniejszego faceta, HA, HA HA bo ja nie. Spryciarz zmienia partnerki co najmniej dwa razy dziennie. Nie wiem po co w ogóle ma nogi jak cały czas rikszą jeździ.

Po czwarte, gdy zobaczyłam jak jedzą, to zrozumiałam o co chodzi z tymi plagami. Najpierw pomyślałam sobie, że są małe i że nawet nie gryzą jedzenia, to o co chodzi z tym armagedonem, który po sobie zostawiają. Natomiast, kiedy wrzuciłam im garść trawy i jabłuszko przyszło zrozumienie. Obserwacja szarańczy podczas jedzenia jest nawet ciekawsza od łapania koników polnych przez kameleona. To naprawdę jest moment, kiedy po trawie zostaje wspomnienie. A dodatkowo mają liczebną przewagę.

Po piąte, przy okazji przekazania podopiecznych dowiedziałam się (bo w szkole nie uważałam), że wszystkie owady mają sześć nóg, a pajęczaki osiem, że szarańcze zrzucają swój pancerzyk i możesz następnego dnia odnieść człowieku wrażenie, że Ci się hodowla powiększyła. Że biedronki należą do chrząszczy i mają aparat gębowy gryzący!, którym niejednokrotnie mnie ugryzły, i że miałam rację (a nikt mi nie wierzył), gdy mówiłam, że mnie skubana biedrona dziabnęła.

Po szóste, jak zdychają to kładą się po prostu na boku i przestają się ruszać. Nie mają systemu nerwowego więc przebiega ten proces ze spokojem i godnością. W związku z tym, wyjęłam leżącą na boku samicę z terrarium (już wiem że mam 1 samca i siedem samic to znaczy sześć) i chciałam ją wyrzucić, ale przez to, że wtedy jeszcze nie do końca wiedziałam co ona robi (czy zdechła, czy śpi, czy może składa jaja) natychmiast po zostawieniu jej na trawie zabrałam ją stamtąd i położyłam ją na palenku w wygaszonym kominku, który teoretycznie jest zamkniętym pomieszczeniem. Jak wróciłam do domu to skubanej nie było więc spanikowałam, że kominem wyszła, i że wieś mnie na taczkach wywiezie za plagę, którą na nich sprowadziłam. Ale akcja poszukiwawcza została zakończona sukcesem i znalazłam truchełko, które po prostu spadło na palenisko, ino z tyłu.

Powiem Wam, że na maturze próbnej z polskiego dostałam pałę, chyba nawet jako jedyna. Na maturze regularnej tróję, a moje wypracowanie zajęło niecałą jedną stronę A4. Jak by mi ktoś wtedy powiedział, że kiedyś napiszę na około 700 wyrazów opowiadanie o szarańczach, to bym mu ..., to ja bym mu...., to ja bym mu po prostu nie uwierzyła.

Dzięki Wielkie za przeczytanie.

środa, 18 marca 2015

Relacja z kolejnej trasy...


Apetyt rośnie w miarę jedzenia.

I  to prawda.

W zeszłym tygodniu byliśmy na Turbaczu, a w tym na Mogielicy. Andrzej znalazł w internecie trasymogielica.pl .
Jest to projekt realizowany z funduszy europejskich, więc tym razem koszt wypożyczenia sprzętu wyniósł 0 zł! No bajka po prostu. Realizują projekt na lato i zimę. W zimie dostępne są narty biegowe, uwaga: mają również sprzęt dla inwalidów, a w lecie rowery górskie w tym również trójkołowe. No i najlepsze jest to, że wszystko za 0 zł, a w bonusie uśmiech.
Zresztą popatrzcie sami na ich stronę.
My wypożyczaliśmy narty w jednej z trzech wypożyczalni i była to piękna szkoła. A w niej przemili ludzie, którzy pomogli nam w otrzymaniu nart. 
Sam obiekt, gdzie zaczyna się trasa jest gigantyczny z kominkiem w środku i szklaną taflą okien z widokiem na tatry. Trasy liczą 20 kilometrów, my jednak skorzystaliśmy z trasy liczącej około 6 km w jedną stronę, położonej nieco wyżej, bowiem tylko tam został śnieg.
Na Turbaczu było mało ludzi, ale tym razem dopiero na górze spotkaliśmy dwie osoby!  Na całej trasie!







Dzisiaj aura również nam sprzyjała, różnica była taka, że śnieg był zmrożony, a co za tym idzie upadek bardziej bolesny. Ale dzisiaj zaliczyłam ziemię stanowczo mniej razy.

Tym razem trasa była spokojniejsza, a różnica wzniesień nie tak duża, więc było łatwiej.












 Potrzebna była tylko mała korekta sprzętu.










Myślę sobie, że nie tylko turysta będzie zachwycony taką propozycja odpoczynku, ale dla okolicznych mieszkańców, a zwłaszcza dzieciaków tak przygotowany pomysł jest rewelacyjny.

Na koniec chciałam Wam powiedzieć, iż auto było nam wdzięczne. Nawierzchnia, którą podążaliśmy w zeszłym tygodniu i w tym niczym nie różniła się od dróg europejskich. Idealna gładź, naprawdę lepiej niż w mieście.

Nie wiem czy, a jak tak to gdzie nas poniesie za tydzień, ale śledźcie bloga, a dzisiaj Wielkie Dzięki za przeczytanie.

środa, 11 marca 2015

Pierwszy w życiu Wypad na narty bieeegowe!!!

W zeszłym tygodniu kolega opowiedział mi, jak fantastycznie bawił się na nartach biegowych. Powiedziałam mu, że ja  też  tak  chcę i że jak będzie jechał znów, to ja jadę z nim. 
W poniedziałek dzwoni Andrzej i pyta czego chciałam. Ja mówię, że niczego bo nie dzwoniłam do niego. Okazało się, że telefon zadzwonił sam, zatem musiał to być kontakt mentalny tzw "ściągnięcie się myślami". Jak już byliśmy na linii to uzgodniliśmy, że wedle wszystkich pogodynek świata jutro jest odpowiedni dzień na wyjazd. Umówiliśmy się zatem na 8 rano.

Nie wiem jak Wy, ale ja wstaję dość wcześnie, bo około 6 rano. Czasami wcześniej gdy jest taka potrzeba. W dniu wyjazdu właśnie takowa zaistniała, więc o 5 z minutami błąkałam się po kuchni, śliniąc się odrobinkę z obłędem w oczach. Wstając tak wcześnie mam niejasne przeczucie, że gdzieś tam hen, na dnie mojej nieświadomości jest zawarta informacja o tym, że muszę uruchomić na raz cztery palniki na kuchence, postawić na nich garnki z czymś, ale jeszcze nie wiem z czym, włączyć czajnik i generalnie mam wiele wykonać na raz. 
Przytomność umysłu powróciła mi po czwartej szklane wody, a z nią kolejność wykonywanych działań. Okej najpierw zupa, potem drugie, śniadania na wynos i w domu dla wszystkich, opuścić lokal z córkami o 7.40 (Andrzej już czeka pod domem), zabrać latorośl sąsiadów, upchać wszystkich do auta Andrzeja nie swojego i po drodze odstawić całą trójkę na 8 do szkoły.

Gdy drzwi auta trzasnęły za ostatnim uczniem przywdzialiśmy ciemne okulary i niczym blues brother and sister pojechaliśmy ku słońcu. 
Dojechaliśmy na miejsce w przepięknych okolicznościach przyrody.


Za całe 25 złotych wypożyczyliśmy sprzęt i ruszyliśmy w górę. Nigdy nie jeździłam na biegówkach, ale ponieważ codziennie rano biegam około 6 km właśnie z kijami, to pomyślałam sobie, że podobny ruch wykonuję co narciarze biegowi. I nie pomyliłam się z jednym małym wyjątkiem. Mianowicie na owych nartach kompletnie brak mi równowagi. 
Po pierwsze jedziesz człowieku w szynach i trzeba umieć się z nich wyłuskać. 
Po drugie aby podziwiać widoki trzeba się zatrzymać bo inaczej leżysz bracie.
Po trzecie brak owym nartom ostrych krawędzi, więc jak chcesz jechać pługiem to proszę Cię uprzejmie, ale ostrzegam, że mięśni Kegla użyjesz kobieto aby zahamować, bo inaczej się nie da.
Po czwarte przez to że narty są nie ostre, wąskie i lekkie panowanie nad nimi graniczy z cudem.

To wszystko zaowocowało tym, że po entym wyglebieniu zaczęłam przemawiać do nart i opracowywać sposoby upadania. Z jedną ręką, z dwoma, bez rąk, na twarz, na plecy, na dupę.
Słuchajcie nie pamiętam, kiedy tak się śmiałam. 

Po czterech godzinach zdobyliśmy Turbacz. Widok jaki nas powitał był wart wszystkiego. Tatry w całej okazałości, niesamowite niebo bez ani jednej chmurki i mega słońce. Pięknie po prostu. Wisienką na torcie było pyszne piwo z sokiem i parzona kawusia dla Andrzejka.

 ZdjęcieZdjęcie
Zdjęcie

Droga powrotna zabrała nam dwie godziny niezliczonych przymusowych przystanków.
Po pierwsze wiecie jak to jest po piwie, wystarczy pójść pierwszy raz sikać....
Po drugie słońce roztopiło śnieg i panuj tu teraz człowieku nad "niepanowalnymi" i tak nartami

Efekt tego był taki, że przestałam przemawiać do nart, olałam techniki upadania i łapałam się każdej okazji aby przeżyć - krzaki też były dobre.
Swoją drogą zjeżdżając w dół zauważyłam zjawisko zakrzywienia czasoprzestrzeni (Einstein naprawdę miał rację), bo widzicie najpierw widziałam mijające mnie moje oczy, potem nadchodził dźwięk, a następnie widziałam mnie mijającą mnie.  












O 16.30 oddaliśmy narty i po godzinie byliśmy w domu. To była piękna przygoda i nie mogę doczekać się kolejnej. Niewątpliwą zaletą nart biegowych jest to, że buty są miękkie, a narty lekkie więc, można w każdej chwili je zdjąć i nie psując sobie komfortu wycieczki podróżować dalej. Co również wielokrotnie czyniłam.

Kiedy kładłam się wieczorem do łóżka czułam każdą część swojego ciała, ale dzisiaj obudziłam się rześka i jak zwykle zrobiłam swoją trasą. 

Dzięki Wielkie Andrzejku za wyprawę a Wam za przeczytanie

środa, 4 marca 2015

Możliwości

Wczoraj o godzinie 15.30 poczułam znajome bóle mięśni świadczące o zbliżającej się grypie. Następnie zorientowałam się, że zimno, które mocno wezbrało na sile towarzyszyło mi przez cały. Zmierzyłam temperaturę i okazało się, że mam mordercze 37 stopni. Poinformowałam domowników, że umieram i zaległam na kanapie. Muszę tu wyjaśnić, iż moją normalną temperaturą jest 35,6, a nie jak u większości populacji 36,6. Tętno też mam bardzo niskie, czasami trudno uchwytne przez przyrządy do pomiaru owego służące. Taki inny ze mnie egzemplarz, więc 36 dla mnie to już jest rzeź, a przy 37 po prostu dzwońcie po pogotowie. Swoją drogą już widzę pogotowie pędzące na takie wezwanie. 
Objawy zostały przeze mnie rozpoznane i po kilku zabiegach, które wykonałam na sobie o 21.30 poszłam spać. Dzisiaj obudziłam się o 5 rano jak młody bóg. 

Tą na pozór absurdalną dygresją chciałam zacząć dzisiejszy wpis o naszym rozwoju.
Nie ma dróg na skróty. Tak jak edukacja nasza zaczyna się przedszkolem, a potem następuje cała reszta, tak w naszym rozwoju osobistym również obowiązuje pewna gradacja zwana potocznie procesem. 

I tak, aby pilotować samolot trzeba odbyć setki godzin nauki wedle właściwego programu, tudzież zanim zostanie się snycerzem trzeba odbyć naukę u mistrza i zdać egzaminy cechowskie zanim będzie można działać samodzielnie. 

Życie powoli przygotowuje nas na coraz większe wyzwania, ciągle sprawdzając jak damy sobie z nimi radę. I zanim pozwolą Ci samodzielnie dotknąć sterów samolotu, najpierw wielokrotnie polecisz jako drugi pilot, i również zanim podpiszesz swoją własną rzeźbę, będziesz najpierw pod szyldem kogoś tworzyć.

Tak wygląda proces i to jest ok, i jeżeli dzisiaj są techniki, które stwarzają nam możliwości szybszego rozwoju to zadziałają tylko wtedy, kiedy będziemy gotowi na ich przyjęcie.

Trzymając się wcześniejszych przykładów zdolny uczeń wykorzysta możliwość, którą da mu znaleziony "przez przypadek" w internecie przyspieszony kurs pilotażu, a przyszły artysta będzie uważny na przykład na  targi rzemiosła, na których może na przykład poznać swojego przyszłego mecenasa.  

Każde nasze działanie wywołuje konkretne efekty. W moim przypadku jest tak samo. Wczorajsze wieczorne doświadczenie było konsekwencją mojego konkretnego działania i nie mówię tu o "bieganiu z gołą dupą na mrozie" jak to mawia mój ojciec, chcąc powiedzieć przez to, że się źle człowiek ubrał do panujących warunków pogodowych. Ja również miałam możliwość doświadczyć choroby w standardowym cierpiętnym trybie, ale zdecydowałam się na coś innego.

Niczego nie damy rady przyspieszyć, ale możemy będąc gotowymi wykorzystać nadarzające się możliwości.

Dzięki Wielkie za przeczytanie.