środa, 24 czerwca 2015

"Pinokio" - autor Dorota, część I

Jak co tydzień zapraszam do RMF MAXX na poniedziałkowe mini audycje ze mną.
We wtorki do Groty Solnej Halit na Relaksację.
Do Wadowic na Plac Kościuszki 1 - na indywidualne spotkania.

Uwaga Nowość:
Zapraszam na sesje w plenerze, które dają możliwość zauważenia swojego zachowania w sytuacjach codziennych np na spacerze lub zakupach.
Zapraszam również na sesje telefoniczne, mailowe oraz skypowe


A teraz do sedna.
Pamiętacie bajkę Pinokio? (ja miałam bajki na kasetach magnetofonowych i odtwarzałam je na Grundingu, uwielbiałam ich słuchać). Pamiętacie? Pewnie, że pamiętacie, sami mieliście taki lub podobny magnetofon, a co do bajki to albo sami ją słuchaliście, oglądaliście lub czytaliście albo robili to wasi rodzice, albo sami jesteście rodzicami i czytaliście lub czytacie tę bajkę waszym dzieciakom.  Słowem jesteście w temacie. A to ważne, gdyż będę nawiązywała do tej bajki. Od strony energii również.

Słyszę takie pytanie: czemu ja? No i tak sobie pomyślałam, że: " bo jesteś jak Pinokio" to będzie dobra odpowiedź.

Pinokio to my, jesteśmy pajacykami. Każdy oczywiście jest na innym etapie, ale to my. Każdy sam może określić się  gdzie aktualnie przebywa. 

Widzę to tak: najpierw jesteśmy drewnianym klockiem, który nie ma nawet sznurków. To etap naszego dzieciństwa i dorastania, potem przywiązują nam sznurki, więc wpadamy jak chomik do kołowrotka i bierzemy udział w wyścigu szczurów. Następnie gdy przyjdzie czas zauważamy, że coś jest nie tak i zrywamy się ze sznurków, by poszukać siebie. A chłopcem lub dziewczynką stajemy się dopiero wówczas, gdy zrozumiemy.....
KONIEC

Moje dziewczyny zapytałyby: " okeeeej, i która matka tak tłumaczy swoim dzieciom bajkę?, ależ się nam trafiło....". Kiedyś może opiszę Wam moją rozmowę z córkami na temat Mikołaja i prezentów... 

Na tym mogłabym spokojnie skończyć. Aleeee, nieeee.

Chodzi o to, że za nim zerwiemy się ze sznurków w poszukiwaniu siebie robimy w życiu wiele różnych rzeczy, doświadczamy wiele. Wszystko co nam się przydarza kształtuje nas i my kształtujemy okoliczności. Działamy według pewnych schematów i nawyków. I w momencie zerwania sznurków musimy na nowo nauczyć się podejmować decyzje, tak samo jak pajacyk podczas swojej drogi. Pinokio w swej podróży dowiedział się również o tym, że konsekwencje podjęcia swojej decyzji ponosi sam.
Na sznurkach jest prościej, ale możliwości są ograniczone, natomiast bez sznurków nabywamy wolność, ale na początku jest z nią bardzo trudno. Nie zasilamy już zastępów robotów, ale to nie znaczy, że nas to nie dotyczy. Jak to mówią? Co to jest druga naturą człowieka? A, no tak - przyzwyczajenie. Więc tak samo jak Pinokio, na wolności mamy możliwość zrobienia czegoś innego, ale przyzwyczajenie jest zbyt wielkie, i zanim podejmiemy decyzję sercem, jeszcze kilka razy umysł zagra pierwsze skrzypce.  

A dopiero wtedy, kiedy nauczymy się wybierać sercem, a działać rozumem zamienimy się w chłopczyka lub dziewczynkę....

Dzięki Wielkie za przeczytanie część II nastąpi....

Zapraszam oczywiście na kurs
który odbędzie się już za miesiąc 18 i 19 Lipca. Będzie to kontynuacja kursu z maja, ale osoby nowe również spokojnie mogą przyjść.
Kurs odbędzie się u mnie we Wrząsowicach na ulicy Kwiatowej 102 (5 km od Krakowa).
Koszt to tylko 310/osobę.

Od 10 do 15 w sobotę i od 10 do 15 w niedzielę będziemy między innymi uczyli się samokontroli umysłu. Pomiędzy pierwszym, a drugim dniem zaczniecie uświadamiać sobie między innymi potęgę Swoich słów, potęgę wyobraźni, siłę nie chcianych nawyków i wiele wiele innych. Wejdziecie na drogę poszerzenia swojej świadomości i rozpoczniecie proces synchronizacji kwantowej. Otrzymacie praktyczną wiedzę, którą będziecie mogli wykorzystać tu i teraz, by uczynić życie takim jakiego pragniecie.  

Nikt z nas przecież nie żyje za karę.

Kurs poprowadzi gość specjalny Dariusz Emanowicz. Osoba z ogromną wiedzą, od której ja się uczyłam i dalej uczę.


Dzwońcie i zapisujcie się. Obowiązuje kolejność zapisów, gdyż miejsce jest ograniczone metrażem domu. Menu jeszcze nie wymyśliłam, ale na pewno będzie smaczne. Możecie zapytać tych co już byli.

środa, 17 czerwca 2015

Loty gołębi



Na początku oczywiście zapraszam Was do RMF MAXX na poniedziałkowe mini audycje ze mną.
We wtorki do Groty Solnej Halit na Relaksację.
Do Wadowic na Plac Kościuszki 1 - na indywidualne spotkania.

Uwaga Nowość:
Zapraszam na sesje w plenerze, które dają możliwość zauważenia swojego zachowania w sytuacjach codziennych np na spacerze lub zakupach.
Zapraszam również na sesje telefoniczne, mailowe oraz skypowe.

Ok, a teraz środowy wpis.
W niedzielę wieczorem sąsiadka (nie sąsiad) pokazuje mi na ptaka, który usiadł na jej dachu. Widzisz go - pyta? To jest gołąb pocztowy, zmęczył się i szuka miejsca na noc, by nabrać sił do dalszego lotu. Ponieważ jej ojciec hoduje gołębie jej wiedza jest spora. Wiesz - kontynuuje te ptaki mogą przelecieć olbrzymie odległości, a ich wartość osiąga nawet 10.000 zł. Oczy wyszły mi na wierzch. No faktycznie myślę "sraluch" jest jakoś ładniejszy i szczuplejszy niż normalny, bardziej jakby wysportowany, ale żeby tyle kasy miał kosztować?! No nieźle mówię i pobiegłam do domu obwieścić nowinę. 

Minęła jakaś chwila od naszej rozmowy, siedzę na tarasie i naglę nad moją głową trzepoczą skrzydła, patrzę nad siebie, a tu 10.000 zł siada mi na parapet. 
Hm.. no tak sąsiadka mówiła, że w kącie na parapecie to dla niego dobre miejsce na odpoczynek. Jak się tak zadokował - mówią domownicy - to dobrze by było go nakarmić i dać mu pić. No to nalałam wody do miski, wsypałam karmy do drugiej i postawiłam na tarasie. 
Rano myślałam, że ptaszka już nie będzie, ale ku mojemu zaskoczeniu, był tylko przeniósł się na balkon, gdzie uchylone było okno. Obserwując go zauważyłam, iż wykonuje pewne ruchy świadczące o tym, że chciałby wlecieć do środka. Zeszłam jednak na dół ignorując intuicję. Nie doszłam do kuchni, a usłyszałam jak walnął o szybę. No bez jaj myślę i wróciłam na górę. Domknęłam okno, wytłumaczyłam, że tak nie wypada i zeszłam ponownie na dół. I znowu nie doszłam do kuchni jak słyszę "dup" o szybę. Hm myślę, może on głodny jest, bo nic nie zjadł i chce, aby mu przenieść jedzenie z dołu do góry? 

Na co mój mąż wyraził wątpliwość: A może to jakiś arystokrata jest, a Ty mu karmę dla chomika serwujesz? Popatrzyłam na niego brzydko i mówię: jakiego chomika? toż to karma dla ptaków jest "Megi zimowa" się nazywa, została po tych sikorkach, które w zimie dokarmialiśmy.
No i  wyniosłam miski do góry. Otworzyłam balkon i położyłam je na kafelkach. I się zaczęło. Gołąb widać że z ludźmi przebywa, ale instynkt samozachowawczy również posiada. I tymi miskami to mu niezły zamęt zrobiłam. Zaczął drobić w miejscu i podskakiwać, bo widać, że głodny, ale jednak się boi. I tak do przodu i do tyłu i do przodu i do tyłu i co zrobić i co zrobić, i nie wiem, i nie wiem, ale głodny jestem, ale się boję, ale może jednak, ale może nie, ale może zjem, ale może dam radę i przeżyję bez jedzenia, ale nie wiem, ale nie wiem, może nie dam rady, a może dam, o matko, o matko co ja mam zrobić. I w prawo i w lewo i w prawo i w lewo. No mówię Wam niezłe widowisko. W końcu sfrunął na dół i zaczął jeść i pić. 

A ja siadłam do komputera i zaczęłam szukać. Okazało się, że loty były dzień wcześniej, gdzieś z Niemiec. Zadzwoniłam do Pana Prezesa jednego z klubów i przemiły Pan z Leszna wytłumaczył mi, że jego gołębie w linii prostej miały do pokonania 500 km i jeszcze 9 nie wróciło. Powiedział mi też, że super, że go karmię, bo tracą dużo sił, a loty mają ostatnio trudne, bo mówi - tak jakby coś w powietrzu było, ale aby go zidentyfikować muszę ptaka złapać i zapisać jego numer. Wówczas będę mogła znaleźć właściciela. No jasne, łatwo powiedzieć lecz wykonać się nie da. Zatem wspólnie z dziećmi odczytałyśmy numery i zaczęłam poszukiwania. Wykonałam parę telefonów, napisałam parę maili i dzisiaj już wiem, że to nie jest gołąb pocztowy tylko ozdobny lub rasowy i nikt go nie chce, bo może chory i zarazi wszystkie inne. I jedyna rada to przestać go karmić, a wtedy sam odleci do właściciela lub znajdzie inne stado.

Oj, i tak z ładnej historyjki zrobiła się rzeczywistość. Podsumuję to tylko tym, że taki gołąb nawet nie wie ile kosztuje, czy go szukają czy nie, czy płacą ciężką kasę właścicielowi jak wygra czy nie. Ważne dla niego jest, aby zjeść i napić się. Cała natomiast reszta delikatnie mówiąc mu dynda i powiewa. A my ludzie jak zwykle, jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę.

Dzięki Wielkie za przeczytanie

Zapraszam na kurs, 
który odbędzie się już za miesiąc 18 i 19 Lipca. Będzie to kontynuacja kursu z maja, ale osoby nowe również spokojnie mogą przyjść.
Kurs odbędzie się u mnie we Wrząsowicach na ulicy Kwiatowej 102 (5 km od Krakowa).
Koszt to tylko 310/osobę.

Od 10 do 15 w sobotę i od 10 do 15 w niedzielę będziemy między innymi uczyli się samokontroli umysłu. Pomiędzy pierwszym, a drugim dniem zaczniecie uświadamiać sobie między innymi potęgę Swoich słów, potęgę wyobraźni, siłę nie chcianych nawyków i wiele wiele innych. Wejdziecie na drogę poszerzenia swojej świadomości i rozpoczniecie proces synchronizacji kwantowej. Otrzymacie praktyczną wiedzę, którą będziecie mogli wykorzystać tu i teraz, by uczynić życie takim jakiego pragniecie.  

Nikt z nas przecież nie żyje za karę.


Kurs poprowadzi gość specjalny Dariusz Emanowicz. Osoba z ogromną wiedzą, od której ja się uczyłam i dalej uczę.

Dzwońcie i zapisujcie się. Obowiązuje kolejność zapisów, gdyż miejsce jest ograniczone metrażem domu. Menu jeszcze nie wymyśliłam, ale na pewno będzie smaczne. Możecie zapytać tych co już byli.

środa, 10 czerwca 2015

Mogielico witaj znów!



W pierwszych słowach mojego listu chciałam zaprosić Was i wszystkich innych do RMF MAXX na poniedziałkowe mini audycje ze mną.

We wtorki do Groty Solnej Halit na relaksację.

W piątki do Wadowic na Plac Kościuszki 1- tam również przyjmuję.
Iiiiiiiiiii to tyle ogłoszeń parafialnych.


Opisywałam Wam w zimie jak byłam na nartach biegowych na Mogielicy, pamiętacie? Kto nie pamięta może przeczytać wpis marcowy o wdzięcznym tytule: "Relacja z kolejnej trasy..."

Tak mi sie spodobało w zimie, iż postanowiłam zabrać na Mogielicę całą rodzinę.
Tym razem wybraliśmy się tam w zeszły wolny czwartek Start nastąpił o 12 w południe i jakoś wyszedł nam inaczej niż planowałam, bowiem okazało się, że jest Boże Ciało i towarzyszą mu między innymi takie obrządki jak procesje, a że trasa do celu wiodła przez wsie to 30 minut później byliśmy jakieś całe 10 km od domu. Ale uzbrojeni w cierpliwość ruszyliśmy z kopyta o 12.31.
Dojechawszy do celu poszliśmy wypożyczyć cztery rowery ZA DARMO tak samo jak narty w zimie. Mają projekt unijny, który realizują jeszcze przez cztery lata. Sprzęt na zimę i lato dla niepełnosprawnych włącznie. Trasy przygotowane na oba sezony. Raj drodzy moi, po prostu raj. Pożyczyliśmy rowery i.... chwilowo nastąpił czyściec. Nie, nie z powodu sprzętu.
Sprzęt cudo, poniżej małe porównanie z rowerami, które mamy w domu ( kupiliśmy je około 20 lat temu jako hit mody, kiedy rowery górskie wchodziły dopiero na rynek):
Marka
Romet
nasze: Oscar
Waga
aluminiowy - leciutki
stalowy - ciężki
Hamulce
tarczowe
szczękowe
Amortyzatory
brak
Cena
teraz pewnie około –1000 zł
około1000 zł - 20 lat temu

Różnica jest we wszystkim, to tak jak z nowszymi modelami samochodu, starym dojedziesz, ale komfort jazdy jest stanowczo inny. 

OK, let's get back to the czyściec. A więc Marcin pobrał instrukcję oraz mapę od Pana jak dotrzeć na Mogielicę. Hm.... no byłam tam niecałe trzy miesiące temu, ale cóż Pan powiedział, Pan się zna. Męska solidarność. Na nic tłumaczenie, że trasa płaska, bo dla biegówek przygotowana, na nic tłumaczenie, że to nie dawno było i że pamiętam. Usłyszałam tylko, że jak się idzie to jest inaczej, niż jak się jedzie.
Ok mówię, proszę prowadź. Pierwsze 10 metrów, które pokonaliśmy było po płaskim, a potem kąt wprost dla rowerów 170 stopni. Jagoda dostała ataku duszności, wszyscy zeszliśmy z rowerów, pot wystąpił wszystkim na ciele, ale idziemy dalej. Na szczęście po pół godzinie tyrania pod górę napotkaliśmy Pana z pieskiem odpoczywającego na polanie. Mężczyźni mają trudność z pytaniem o drogę, więc Marcin jako stu procentowy mężczyzna minął Pana, a ja nie przepuściłam okazji i pytam: "czy tędy na Mogielicę dojedziemy?" Na co sympatyczny Pan miejscowy mówi "a skąd" i wymienił wiele różnych miejscowości jakie odwiedzimy jeżeli dalej tą drogą pojedziemy. Chwilowy opór męskiej części wycieczki został przełamany i w pięć minut (bo z górki) znaleźliśmy się w puncie wyjścia.
Minęło jeszcze jakieś 15 minut kłótni wewnętrznej, zanim informacja dotarła i usłyszałam w końcu: "no, możesz mieć rację, ale jakim trzeba być kretynem żeby nie zaznaczyć drogi na mapie???"

Wyruszyliśmy wreszcie we właściwym kierunku, ale z powodu braku czasu po raz drugi nie dotarłam na szczyt. Co nic nie zmienia, bo lato dopiero się zaczyna i wybiorę się tam jeszcze nie raz.

Podsumowując:
Inwestycja w wycieczka to 50 zł na paliwo i kanapki na drogę w plecaku roboty własnej.
Zwrot to zabawa dla czterech osób i jeszcze parę bonusów energetycznych.

Tak, i raj powrócił.

Dzięki Wielkie za przeczytanie

środa, 3 czerwca 2015

Niewolnictwo emocjonalne - wyjaśnienia

W zawiązku z ostatnim postem padło parę pytań. Dzisiaj wiec wytłumaczę to zjawisko na konkretnych przykładach. 

Przypomnijmy tylko o paru zasadach kierujących takim przypadkiem.

Otóż po pierwsze, szantażystą emocjonalnym może być każdy, niezależnie od wieku i płci.

Po drugie terrorysta emocjonalny zazwyczaj nie chce rozwiązania swojego problemu, a tylko pogłaskania po głowie i zwrócenia na siebie uwagi,

Po trzecie tzw "wiszenie na kimś" polega na wymuszeniu na drugiej osobie uwagi (epatując najczęściej postawą męczeńsko - cierpiętną), tak by w zamian otrzymać żal, litość lub tzw "sprzęgnięcie się" lub ewentualnie "wkręcenie się". 
.
Wyróżnia się wówczas następującą mowę ciała:
mina męczennika, nos na kwintę, spuszczona głowa, oczy kota ze Szreka, przygarbiona postawa a'la Dzwonnik z Notre Dame, można również wydawać odgłosy paszczą takie jak: sapanie tudzież wzdychanie. Wedle potrzeb lub możliwości można również trzaskać szafką lub drzwiami, rzucać ciuchami lub galanterią kuchenną. Wszystko po to by padło pierwsze zgubne pytanie: "Coś się stało?"

No i jak już zadałeś człowieku pytanie - choć zauważ, że nikt Cię nie prosił byś mu pomógł, on/ona przecież tylko sapał/ła - to teraz się męcz. 

"Ale człowiek musi porozmawiać z drugim człowiekiem, obgadać coś, takie ploteczki są potrzebne", takie pytanio - stwierdzenie w związku z ostatnim postem padło.

Potrzebne powiedziałbym że nie są, ale oczywiście na pewno są nawykiem powielanym przez pokolenia. U dzieci słyszymy siebie, u dziadków słyszymy siebie, jak czasem coś powiemy to łapiemy się na tym, że gadamy jak swoi rodzice. 

"To o czym rozmawiają osoby, które nie jęczą?", a to kolejne pytanie.
Nie chodzi o to by milczeć, choć czemu nie, ale o to, że rozmowa ma inne zabarwienie emocjonalne. Różnica jest ogromna. Zauważmy, że pełnymi zdaniami jesteśmy w stanie wyrazić nasze pragnienie do obcego człowieka. W stosunku do bliższych nam osób zakładamy, że powinni nam czytać w naszych myślach tylko dlatego, że dłużej nas znają.


Ja kiedyś z pretensjami wyrzucałam:
Ty nigdy ze mną nie rozmawiasz" - a dzisiaj pytam: jak minął ci dzień i jeżeli nie słyszę w rewanżu takiego samego pytania, mówię: "zapytaj mniej jak minął mi dzień" lub pytam: "może porozmawiamy?"
Drzewiej również śmiało jęczałam: "nikt mi nie pomaga, sama muszę wszystko robić" - a dzisiaj, proszę o pomoc.

CHYBA, ŻE NIE PROSZĘ to wtedy odrabiam lekcje i się dzieje...., oj się dzieje.....

Podam Wam przykład z wczoraj.

Wstaje rano 5.30 by zrobić obiad, śniadanie pierwsze i śniadanie drugie. Ponieważ poszłam po szczypiorek do ogródka, zupa mi wykipiała na kuchenkę. A więc myję kuchenkę, zupę robię prawie od nowa (bo baza tylko została). Z palcem do tyłka sobie ledwo trafiam, a tu moje starsze dziecko schodzi łaskawie na śniadanie około 7 a.m., zagląda w talerz, spogląda na jajecznicę i rzecze: "czy karmisz mnie już skorupkami z jajek?"....???!!!
Analogicznie po południu, wchodzę do domu po pracy z odebraną po drodze młodszą córką z karate na minutę przed moim mężem, od razu kieruję się do kuchni, by podać przygotowany wcześniej obiad, i zgadnijcie co słyszę od Marcina: "czy te bitki to ze świnki wietnamskiej?" w sensie, że tak mało, choć najwięcej dostał.....?????!!!!!
AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA, pi......................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Tak właśnie darłam się rano i też tak samo wyglądało to po południu. W imię zasady jak coś robisz to rób najlepiej jak potrafisz, sześć okolicznych wsi słyszało co myślę o postawie mojej rodziny. Muszę jeszcze dodać, że w kulminacyjnym momencie mój drogi mąż pyta: "a czy Ty powinnaś tak reagować, bo wiesz, co dajesz to dostajesz.....".
AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAApi...................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Okej i teraz to podsumujmy

1. Ja powiesiłam się na nich, bowiem epatowałam nerwem, że sama zapieprzam jak osioł.
2. Oni oczywiście, szydząc ze mnie wykazali się wręcz książkowym wampiryzmem.
3. Dzisiaj rozdzieliłam już zadania zamiast samej robić za matkę polkę.
4. Jeżeli będę robić wszystko sama (co oczywiście czasem czynię) to mogę, czemu nie? Tyle że, bez nerwa i  najlepiej jak potrafię.
5. Piękne doświadczenie i kolejna odrobiona lekcja.

Zatem moi drodzy można wszystko tyko trzeba pamiętać, że kij pomimo, iż jest jeden, ma zawsze dwa końce.

Dzięki Wielkie za przeczytanie

Zapraszam Was, w najbliższy poniedziałek do RMF MAXX, na kolejne mini audycje ze mną.

Zapraszam Was również do Wadowic do sklepu ze zdrową żywnością, na Plac Kościuszki 1, tam również będę już od najbliższego piątku przyjmować. Zapisy telefoniczne.