środa, 30 kwietnia 2014

Milczenie jest złotem.

Zastanawialiście się kiedyś z jakiego powodu ludzie tak duża mówią? 

Podobno kobiety potrzebują dziennej dawki około 20000 słów a mężczyźni około 10000. Chociaż znalazłam informacje o badaniach, które wskazują na to, że kobiety wypowiadają około 16000 słów dziennie, a mężczyźni około 15000. I szczerze mówiąc wcale mnie ta niewielka różnica nie dziwi, bo obserwując ich w pracy, tudzież na imprezie, to powiedziałabym, że brylują wręcz w towarzystwie i człowieku nie próbuj nawet się wtrącić, bo i tak się nie wciśniesz. Natomiast dom, to miejsce gdzie mogą odpocząć. No sory, wiem, ale gdzieś muszą.

Ale nie chodzi mi o to, która płeć pepla. Pytanie brzmi po co tyle gadać? Opowiadają, plotą, wygłaszają mowę, rozprawiają, głoszą, informują, oznajmiają, trąbią, rozpowiadają, szerzą, artykułują, powiadamiają, a przy tym nie słuchają nikogo. 

No bo jak można w takim hałasie cokolwiek usłyszeć. Wynika to z tego, że łatwiej jest o czymś tylko mówić niż zrealizować to, o czym się mówi. To taka zasłona dymna. Czasami jest to objaw zdenerwowania, czasami to symptom "matki polki" - wszystkim trzeba dogodzić, no bo głupio przecież posiedzieć w ciszy.

Pytają i nie czekają na odpowiedź. Przez to rozproszenie uwagi nie zauważają istotnych informacji i różnych okazji dla siebie, które natura nieustannie podsuwa.

Na pewno mieliście taką sytuację, że próbowaliście coś rzec i za każdym razem ktoś lub coś Wam przerywało, to był znak, sygnał, ostrzeżenie do tego aby zamilknąć. Z jakichś powodów została przekazana Wam informacja "zamilcz, nie teraz i nie tutaj". 

Albo odwrotnie - założę się, że i takie zdarzenie mieliście nie raz. Parokrotnie Waszą drogę przecina nieznajomy (po paru razach to już prawie znajomym jest), to również jest sygnał do tego, by zawrzeć tą znajomość, ma on bowiem dla Was jakąś informację. 

Pytanie brzmi: kto ową wydawałoby się przypadkową znajomość zawarł? Ja, umówiłam się z naturą i czekam max do trzech razy (przy drugim symptomie czujność moja jest już bardzo wzmocniona). I chciałam Wam powiedzieć, że coraz lepiej radzę sobie z takimi doświadczeniami.

Tak samo jest z Waszymi pragnieniami. Chcecie czegoś bardzo. Jest to Wasze gorące życzenie. Super, zamiast rozprawiać o tym zrealizujmy je. I jeżeli go nie przegadacie to zobaczycie bliskość realizacji celu. 

Bo oto nagle ktoś coś wspomni w waszym towarzystwie na ten temat, usłyszycie rozmowę dwóch osób przy stoliku obok, w radiu ktoś zaśpiewa o tym piosenkę. Słowem dostaniecie potwierdzenie, że jesteście na dobrej drodze. Warunek jest jeden słuchajmy, obserwujmy zamiast gadać. 

Koniecznie realizujmy nasze pragnienia, gdyż jeżeli pozostaną niezrealizowane stworzą całą masę niekorzystnych dla nas schematów. 

Podam przykład: jesteśmy na obiedzie i już od kilku dni mamy dziką ochotę na flaczki, sushi, lody, szarlotkę lub szarlotkę z lodami, tatara, żurek, szampana, no każdy niech coś sobie wymyśli. Ale dziwnym trafem znajomi z którymi jesteście wpłynęli na Wasz wybór tak, że nie zamówiliście tego co chcieliście lub kelner tak Was zanęcił daniem dnia, że przepadliście. 

Zobaczmy co się dzieje? Po wyjściu z restauracji zaczynamy myśleć o niezrealizowanym pragnieniu wyrzucając sobie, znajomym, kelnerowi, że Was zmanipulowali,  że to co jedliśmy nie było aż takie smaczne. Zaczynamy odczuwać niedosyt, stratę, żal i oczywiście musimy o tym poinformować kogo się da. W świat idzie tylko to, co iść nie powinno. A dodatkowo wróci niebawem z impetem. 

Dlatego apeluję słuchajmy i obserwujmy. Realizujmy nasze życzenia zamiast tylko o nich mówić lub żyć niezrealizowanymi, głośno o nich rozprawiając. 

Jeżeli znajdziecie 100 minut w trakcie długiego weekendu to koniecznie oglądnijcie świetną komedię z Eddim Murphym w roli głównej pod tytułem: "1000 słów" http://www.cda.pl/video/8734851/Tysiac-slow-online-2012-Lektor-PL-HD

Dzięki Wielkie za czytanie.

Ps. W trakcie długiego weekendu warsztatów nie będzie. Najbliższe w poniedziałek (5.05) o 10.00 i 21.00. Kontaktujcie się ze mną, aby się zapisać.

środa, 23 kwietnia 2014

Aby nowe przyszło, stare musi odejść.

Zapytałam mojego męża: o czym chciałbyś poczytać? O uknutej intrydze - odpowiedział. Hm, skomentowałam i popatrzyłam na niego. No dobra - ciągnął dalej - o seksie, albo, jeszcze lepiej - mówi - o seks intrydze z udziałem 460 posłów i to wszystko w czternastu zdaniach. Tego już nie skomentowałam nawet hm, tylko popatrzyłam na niego. Podszedł do mnie położył mi głowę na ramieniu, (w tym celu musiał przykucnąć, bo jest sporo wyższy ode mnie) okej - mówi, wiem, chciałbym się dowiedzieć: jak żyć Dorota, jak żyć? Rozbawiło mnie to, bo oczywiście sprytnie pozostał w klimacie polityki.

I tak dzięki tej absurdalnej pogawędce przyszedł mi do głowy pomysł na dzisiejszy artykuł (chociaż o seksie to niejeden tekst zapewne napiszę). 

Jak się chwilę zastanowimy, to wszystko nowe na tym świecie, powstało w miejsce starego. Coś musiało odejść, aby mogło przyjść coś. Drzewiej ludzie robiący wiosenne porządki nie robili tylko porządku w chacie. Dawali oni sposobność na to, aby nowe do nich zawitało. 

A, to rycerz na koniu mógł przybyć i o rękę najstarszej córki prosić a, to nowy kubrak na kolejne wiosny mógł zostać uszyty dla gospodarza a, to w końcu świnka nowe prosiątka powiła w zamian starych, co już dawno po nich smak przeszedł.

Dzisiaj jest tak samo. Robimy zakupy spożywcze dopiero wtedy, gdy zapasy zostaną zjedzone. Aby przyjąć jakikolwiek pokarm, starego trzeba się z siebie dowolnie wybraną drogą pozbyć. Jak mamy ochotę na nowy kibelek to tylko wtedy gdy starego nie będzie, bo odpływ przecież jeden jest. 

By zmieścić nowe ubrania w szafie, stare musimy gdzieś wydać, bo w innym wypadku miejsca na szafy by nam zabrakło w mieszkaniach. 

Jeżeli chcemy kupić nowe auto, starego trzeba się pozbyć, chyba, że złomowisko chcemy otworzyć. Jeżeli szukamy nowej pracy, ze starą musimy się pożegnać. 

By mieć nową żonę, starej musimy się pozbyć lub uwaga zmienić wiarę znowu ze starej na nową, by móc żon mieć więcej. Jeżeli tworzy się nowe życie komórka męska i komórka żeńska przekształcają się w zygotę, ta zaś w zarodek a następnie powstaje płód.

Wszystko na tym świecie ma cykl. Nowe może przyjść tylko wtedy, gdy stare gotowe jest odejść. Jeżeli chcemy otworzyć się na nowe doznania, wiedzę, doświadczenie stare przekonania nie mogą być murem obronnym, zasłoną czy brzytwą, której tylko tonący się łapie. 

To trochę jest, tak jak w teatrze, kurtyna się podnosi i ach cuda panie, cuda i dziwy się dzieją. I, póki przedstawienie trwa odkrywa się nowy magiczny świat. I wtedy trochę z tego świata można zaadoptować do swojego. 

Wiem, że nie jest łatwo, że wiąże się to z tradycją, wychowaniem, wiarą, przekonaniem lub po prostu nie odkrytym jeszcze własnym zdaniem, ale warto zrobić porządek, by dać szansę na nowe cudowne show - nasze życie.

Dzięki Wielkie za czytanie.

Kochani, Grande Apertura.

Zapraszam na warsztaty online. Będziemy rozmawiać o tym, co Was zastanawia, co Was porusza i jak zamienić w atut to, co wydaje się sytuacją bez wyjścia. Czas trwania - godzina. Maksymalna ilość osób na jednym warsztacie - 10. Koszt - z wdzięcznością przyjmę 10 zł.

Terminy podaję poniżej, lecz możemy wg potrzeb i możliwości ustalić inne lub dodatkowe:
Poniedziałek: 10.00 i 21.oo
Wtorek: 10.00, 12.00
Środa: 18.00 i 20.00 od dzisiaj
Czwartek: 10.00, 12.00 (przepraszam, ale bez jutra tj. 24.04)
Piątek: 18.00 i 20.00
Sobota i niedziela do ustalenia. Dzwońcie do mnie lub piszcie smsy i maile, by się zapisać. Podaję telefon 666 019 377,  mail: dorota@sznyterman.pl

środa, 16 kwietnia 2014

Róbmy Swoje.


Zdjęcie

No i właśnie. Kochani, dzisiaj będę kontynuowała po trosze temat z zeszłej środy. Pamiętacie angielski serial "Co ludzie powiedzą". Uwielbiałam go oglądać. Hiacynta (główna bohaterka) biła wszelkie rekordy absurdu.

Ale wiecie co, znam wiele osób, które tak funkcjonują, ba, sama też tak się zachowywałam i czasami jeszcze (zanim się otrząsnę) wpadam w takie wibracje.

Tylko czy chodzi o to żeby myć okna, bo idą Święta?  Odpowiedź brzmi: powinniśmy działać w zgodzie ze sobą (czyli robić cokolwiek bez wyrzutów sumienia).

Zatem jeżeli wewnętrzną potrzebą moją będzie umyć okna, to je umyję, nie zrobię tego jednak bo wypada. Kiedyś nie umyłabym tych okien dlatego, żeby zrobić na przekór całemu światu. Dzisiaj po prostu bez złości, bez wygłaszania tyrad próbujących zagłuszyć moje wyrzuty sumienia, bez dorabiania teorii ze stoickim spokojem ich nie umyję. Wiem, że są brudne (wzrok mam sprawny) zrobię to dopiero wtedy, gdy poczuję do tego chęć. I uwaga zrobię to z radością i najlepiej jak potrafię.

Przykładem niech będzie moja historia.  Mamy dużą działkę. O takim ukształtowaniu terenu, że spokojnie mały orczyk mógłby powstać. Zawsze kosił ją mój mąż - Marcin. Spędzał przy tej pracy cały jeden dzień lub dwa jeżeli akurat wpadli znajomi i reszta soboty upłynęła na miłej pogawędce.

Pytana przez różne osoby o to, dlaczego ja tego nie robię. Odpowiadałam niezmiennie: "uważam, że wszystko co robię w życiu powinno sprawiać mi radość, a koszenie nie zalicza się do tych rzeczy". Różne kontrargumenty słyszałam, ale przez 7 lat nie wpłynęły one na zmianę mojej decyzji. Aż jakiś czas temu (chyba rok już będzie lub dwa) zaczęłam codziennie ćwiczyć. "Najpierw powoli jak żółw ociężale ruszyła maszyna..." Im dalej w las tym większą frajdę mi to sprawiało i sprawia nadal.

I wtedy popatrzyłam na koszenie jak na sport, który tak mnie cieszy. Oczywiście mój cudownie perfekcyjny mąż miał milion obaw, porad, sugestii i nie kończących się wytycznych, które krótko mówiąc, przyjęłam, zrozumiałam ale olałam. Ponieważ, gdybym robiła to tak jak on chce, nie sprawiłoby mi to frajdy.

Ja natomiast (pamiętacie moje motto z wpisu "Szczęście - wybór zawsze należy do Ciebie" im prościej tym lepiej)  kosząc trawę, tworzę na trawniku kwadraty, prostokąty i różne wymyślne figury. I kompletnie nie przypomina to idealnego  boiska piłkarskiego, które robił Marcin. Ale to nie ma znaczenia, bo to jest zgodny ze mną sposób.

Puenta jest taka: 1)trawa jest ścięta, 2)trwa to max 4 godziny (możemy resztę dnia spędzić jak chcemy), 3)robię to najlepiej jak potrafię, 4)bawię się przy tym jak dziecko i 5) będę to robiła tak długo, jak długo punk 3 i 4 będę realizować.

Życzę Wam, abyście zbliżający się wolny czas, spędzili tak jak Wy chcecie.

Na koniec zapraszam do posłuchania muzyki .

Dzięki Wielkie za czytanie.

Ps. Przykład okien jest po prostu przykładem, ja nic do nich nie mam. Lubię je myć, bo dzięki cud szmatkom pozostaję w klimacie im prościej tym lepiej i myję wszystkie okna max w godzinę.

środa, 9 kwietnia 2014

Nie każde złoto jest dla nas.

"Nie wszystko złoto, co się świeci". Jest takie przysłowie. Zastanawialiście się kiedyś nad nim?. Czego ono dotyczy? Po mojemu dotyczy naszego rozwoju.

Do niedawna postrzegałam to stwierdzenie dosłownie. A Wy? Mamy takie cóś (wbudowano nam to może jak spaliśmy), że wszystko przez pryzmat opłacalności postrzegamy. Zrobimy coś lub nie zrobimy, bo nam się opłaca lub nie. 

Czasami mamy jeszcze takie zrywy w imię sprawiedliwości. Był taki serial rysunkowy, gość miał tygrysa i wołał "Na potęgę czerepu!". Pamiętacie? No, to my też właśnie takie sytuacje mamy, ale zaraz potem przychodzi refleksja "ale, ale moment, czy mnie się to opłaca?". I cały zryw w pizdu.

Niezwłocznie wytłumaczę dlaczego tak działamy. Znalazłam w sieci parę znaczeń tego przysłowia. Wszystkie można zawęzić do dwóch. Otóż: nie zawsze to, co z zewnątrz jest piękne, również w środku takie jest (mowa tu np. o ludziach) lub idealna z pozoru sytuacja może okazać się niezłą porażką. 

Natomiast moje tłumaczenie jest takie: działamy takimi zrywami, bo, nie wszystko jest dla nas. A, jeżeli wyciągamy rękę po coś, co do nas nie należy, to wcześniej czy później stracimy zapał, wszystko się rozleci i przyjdzie nam, za to zapłacić.

Docierają do nas ludzie z różnymi lukratywnymi propozycjami, zachęcają nas do zakupu telewizora po atrakcyjnej cenie, kuszą nabyciem nowej kanapy, dzwonią z propozycją nowego telefonu, zapraszają na imprezę, proponują wspólny wypad za miasto. No jest tego sporo. Życie po prostu. A my musimy się odnaleźć w każdej sytuacji i wybrać coś, co jest dla nas. 

No i super, gdyż to wszystko nas rozwija. Jeżeli więc rozważmy jakąś sytuacje to powinniśmy na nią spojrzeć nie pod katem opłacalności, lecz pod kątem nas. Zadać sobie pytanie: czy, jeżeli zdecyduję się na ten krok, to będzie on dobry dla mnie? W jaki sposób na mnie wpłynie? Czy wzbogaci mnie o jakieś doświadczenie, czy zrozumiem jakiś swój lęk?

Aby uprościć wybór dostępne są narzędzia, które nam w tym pomagają. Podstawowym narzędziem nie wymagającym absolutnie żadnej wiedzy tajemnej jest nasze sumienie. 

Jeżeli robimy coś wbrew sobie (rozumiem przez to, robienie czegoś, co powoduje u nas wyrzuty sumienia) np. idziemy na imprezę, choć kompletnie nie mamy na nią ochoty, ale myślimy sobie: "znajomi naciskają, wypada, no dobra, pójdę dla świętego spokoju" lub np. robimy kolację wyrzucając sobie: "że znowu ja muszę ją zrobić!", ciskając piorunującymi spojrzeniami w biesiadników, zamiast po prostu wyrazić swoje zdanie i delegować uprawnienia do zrobienia posiłku na kogoś innego. 

Tak, nic dobrego ani z imprezy, ani z posiłku nie wyjdzie. Wszystko się zawali. Skończy jakoś nie fajnie. Ale nie ma się co dziwić, bo wbrew sobie postąpiliśmy. Nasze sumienie to bardzo skuteczne narzędzie, pod warunkiem, że go słuchamy, a nie zagłuszamy.

Kolejne narzędzia wymagają już wiedzy i ćwiczeń. Dlatego wybaczcie, ale nie będę ich tu opisywać, natomiast zapraszam do kontaktu indywidualnego, gdyby ktoś chciał je zgłębiać.

Zatem, kiedy staniecie przed kolejnym wyborem, zastanówcie się co jest z wami zgodne i zróbcie krok we właściwą stronę. Gwarantuję Wam, że będziecie zdziwieni tym, jak dalekie są Wasze "straszne" wyobrażenia (że śmiecie postąpić w zgodzie ze sobą), od realiów.

Dzięki Wielkie za przeczytanie.

Zapraszam dzisiaj na "Studnię Możliwości -Cykl pogadanek rozwojowych" na godzinę 18 do Domu Kultury na ul. Niewodniczańskiego 74 w Krakowie. Wstęp wolny.