środa, 16 lipca 2014

Urodziny.


Tak się złożyło, że dzisiaj środa, więc czas na bloga, a jednocześnie jest to dzień moich urodzin. Zatem zapraszam na opowieść o tym jak przeżyłam podwójne urodziny wzbogacone oczywiście heroiczną postawą "matki polki".

W zeszły czwartek moje córki wyjeżdżały na kolonie nad jezioro Białe, mniej więcej w okolice granic z Ukrainą i Białorusią. Start autokaru był z Warszawy. Popatrzyłam na mapę i okazało się, że do stolicy jak zwykle jest 300 km, a do Okuninki (tak nazywa się ta miejscowość) 390 km. Pomyślałam sobie, że różnica 100 km to nie dużo, autokar z Warszawy będzie jechał około 5 godzin, to ja również za 5 godzin będę na miejscu, a oszczędzę im przynajmniej 3 godzin na dojazd do Warszawy.

Dokonałam (tak mi się wydawało) stosownych przemyśleń czy aby na pewno to dobry pomysł. Wsparta pozytywnymi wspomnieniami odbywanych drzewiej delegacji do Lublina czy Sandomierza stwierdziłam: Jadę!

Ponieważ jazda z nawigacją w moim przypadku nie ma sensu (bo przecież i tak wiem lepiej), popatrzyłam na mapę, zapamiętałam kluczowe kierunki i luz. Natomiast mój perfekcyjny mąż - klasyczny mężczyzna – prędzej mapę po chińsku nauczy się czytać niż o drogę zapyta, przygotował mi wytyczne. Wydrukował mi z googla „nawigacyjny plan” z serii za stawami 400 m skręć w prawo... Cudo po prostu. Chciał pomóc.

Wyruszyłyśmy w samo południe, Jagoda jako mój pilot z czterema wydrukowanymi kartkami. Trasa przebiegała całkiem sprawnie do momentu, kiedy w Mielcu ustawiłam się do skrętu w lewo na Tarnobrzeg, a Jagoda poinformowała mnie, że na kartce jest instrukcja, by skręcić w prawo na Rzeszów. Szlak, pamiętam mapę, miałam jechać na Tarnów, Tarnobrzeg, Sandomierz, Lublin więc jaki znowu Rzeszów??? Podałam Jagodzie pewnie ze 100 letnią mapę Polski (ulic nowych na niej nie ma, ale miasta są na swoim miejscu) i poprosiłam ją, by porównała – zanim zmieni się światło (of course) – dwie trasy: moją i tą z kartki. Okazało się, że w prawo na Rzeszów pojedziemy trochę dołem, a w lewo na Tarnobrzeg pojedziemy trochę górą. Wyjdzie prawie na to samo.

Przypomina mi się w tym momencie fragment z musicalu  „Chicago”, kiedy Lusy Liu nakrywa męża z dwiema kobietami w łóżku. Na awanturę żony mąż odpowiada: tu przecież nikogo nie ma, wierzysz w to, co widzisz czy wierzysz w to, co mówię? Zaraz po tej wypowiedzi zginął.

Zatem trochę wbrew sobie (bo pamiętałam mapę) skręciłam w prawo. Podążałyśmy dalej według kartki, kiedy w pewnym momencie, gdy miałyśmy skręcić, pojawił się na naszej drodze znak zakaz ruchu, a nad nim tabliczka:  „Droga w przebudowie. Przepraszamy za utrudnienia”. Ta informacja kosztowała nas około 40 km, czyli w tych warunkach to dodatkowa godzina. Dojechałyśmy na miejsce około 18.30. Uwolnione dzieci pobiegły radośnie do kolegów i koleżanek, a ja po godzinnej przerwie odpaliłam автомобиль i ruszyłam do domu. 

Przyjechałam do domu o godzinie 1 w nocy. Wchodząc do łóżka poinformowałam mojego męża, że gdybym była człowiekiem to mogłabym w 6 godzin zawożąc dziewczyny do Warszawy załatwić cały temat, ale jestem cyborgiem, który realizując autorski program spędził 12 godzin w drodze.

Obudził mnie dzwonek do drzwi. Kompletnie nie kojarząc co się dzieje wyszłam z łóżka. Może to śmieciarze albo listonosz pomyślałam jednocześnie rozglądając się za szlafrokiem.  W tym momencie usłyszałam: „Hello”. Okej, to sąsiadka.
W poszukiwaniu jakiegokolwiek nakrycia skierowałam się do łazienki. Kiedy wyszłam z niej owinięta w ręcznik Ewelina stała już na piętrze z białą różą i ciastem w jednej ręce, a w drugiej z butelką nalewki własnej roboty krzycząc: Sto Lat, Sto Lat!!! Zaskoczyła mnie niesamowicie. Wzruszyłam się wielce, ucałowałam najlepszą sąsiadkę świata i zeszłyśmy na dół na kawę. 

Błądząc dalej w ręczniku po domu (bo wciąż nie wszystko konotowałam) powzięłam stanowczą decyzję o odnalezieniu szlafroka. W tym czasie Ewa (w skrócie to imię również akceptuje) widząc moje roztargnienie włączyła czajnik, by zrobić kawę. Rozmawiałyśmy przez godzinę przy kawie i moim ulubionym cieście. Co jakiś czas nachodziły mnie myśli związane z moimi urodzinami. 

Myślałam sobie: koleżanka zapraszała mnie na swoje urodziny we wtorek, a ja jej odpowiedziałam, że to fajnie, bo ja mam swoje urodziny w środę. Więc zapytałam: Ewuś, a dzisiaj jest środa? Nie, piątek. Aha, pomyślałam i dalej rozmawiałyśmy. 

Potem pomyślałam: kurcze 10go wiozłam dzieci na kolonie ale ten czas leci. I znowu zapytałam: Ewuś a dzisiaj jest 16sty? Nie, 11sty. Aha, pomyślałam. 

Minęło jeszcze kilka minut zanim informacja dotarła do mózgu. Ewinko – mówię – bo wiesz ja mam urodziny 16go. Na co ona błyskawicznie odparowała: No tak się właśnie zastanawiałam, 11go czy 16go ale doszłam do wniosku, że ponieważ ja też mam 16go tylko listopada to na pewno zapamiętałabym tą zbieżność, a skoro nie pamiętałam o niej to masz urodziny dzisiaj czyli 11go. 

Uśmiałyśmy się setnie. Ustaliłyśmy, że mogę być tak codziennie budzona i rozstałyśmy się w cudownych nastrojach. Każda wróciła do swoich zajęć, Ewelina do dzieci ja do łóżka spać.

Dzisiaj to tyle o matce wariatce, która zamęczyła wszystkich, gdyż chciała zaoszczędzić dzieciom traumatycznych doznań z kolegami i koleżankami, których nie widziały rok i strasznych treści wyświetlanych w autokarze w trakcie drogi, by milej upłynęła.

Pamiętajcie jak wszystko zawodzi, kierujmy się logiką. 


Z OKAZJI MOICH URODZIN, ŻYCZĘ WAM WSZYSTKIM I KAŻDEMU Z OSOBNA SAMYCH SZCZĘŚLIWOŚCI I RADOŚCI, ABYŚCIE SIĘ REALIZOWALI W TYM CO KOCHACIE. 


DZIĘKI  WIELKIE ZA PRZECZYTANIE.

4 komentarze: