środa, 10 lutego 2016

Szczęście - wybór zawsze należy do Ciebie...



Kochani na wstępie mojego listu chciałabym podzielić się z Wami cudowną informacją: otóż w Wadowicach w nowej Grocie Solnej będzie od jutra 11go lutego (czwartek) RELAKSACJA. 
Startujemy o 20.00 Koszt 22 zł
Zapisy 517 023 373 http://grotasolna-wadowice.pl/ 




Szczęście, tak łatwo i jednocześnie tak trudno je osiągnąć. Warunkujemy lub jak, kto woli upatrujemy je w osiągniętym celu lub liście zrealizowanych celów. Nowym aucie, wyjeździe do ciepłych lub zimnych krajów, kolejnym lub pierwszym dziecku, kolejnym lub pierwszym mężu, kochanku lub kochance. 

Sposobów na ucieczkę przed sobą jest nieskończona liczba, ilu ludzi tyle pomysłów. A prawda jest taka, że przed sobą nigdzie nie uciekniemy. Dlatego jest to właśnie takie trudne, bo trzeba stanąć przed lustrem i przyznać, że nie ma ani jednej osoby odpowiedzialnej za nasze życie oprócz nas samych, a co za tym idzie, odpowiedzialnej za nasze szczęście. 

Wymaga to wiele odwagi, bo najpierw założyliśmy maskę, a potem robiliśmy w życiu różne rzeczy mniej lub bardziej chwalebne i jest nam normalnie wstyd, mamy poczucie winy, jest nam przykro, cierpimy. To jest wielka kotwica. Wiem coś o tym, ale jak lekarka mojej teściowej powiedziała, a musicie wiedzieć, że mam najlepszą teściową na świecie: "jest Pani bardzo dzielna, ale w dzisiejszych czasach za cierpienie orderów już nie dają"

Zatem, jeżeli medalów nam nie dają i nie mamy wpływu na to, co było, a mamy jedynie wpływ na tu i teraz, to proponuję odważmy się, (choć wiem, naprawdę, wiem, że to bardzo trudne jest), po prostu pogodzić ze sobą, wybaczyć sobie (przecież nie umieliśmy inaczej), podziękować za doświadczenie i pokochać siebie takim jakim jestem, ze wszystkimi wadami, niedoskonałościami i potknięciami. Wyciągnąć wnioski, zrozumieć lekcje, uśmiechnąć się  i iść dalej. Przecież jesteśmy swoim własnym dziełem.

Natura będzie nas jeszcze wielokrotnie poddawała weryfikacji (czy na pewno już rozumiemy), a my z każdym kolejnym krokiem, zdarzeniem, "zbiegiem okoliczności" lepiej poradzimy sobie z naszymi emocjami. Mało tego, nawet powinniśmy to zrobić, bo w innym przypadku będzie się to toczyło jak choroba przez kolejne pokolenia i wcielenia.  Więc zróbmy sobie prezent.

Podam Wam mój przykład (jak mówi mój przyjaciel: "doświadczenia nikt Ci nie odbierze"). 

Wersja normalna:

Sobotni poranek, mój mąż wstaje wcześniej (co jest dziwne) i mówi, że idzie zrobić śniadanie (to akurat dziwne nie jest). Wiem co chce zrobić na ów posiłek, opowiadał mi o tym wieczorem. Nie ma opcji abym ja coś takiego stworzyła - za dużo roboty - obracam się na bok i śpię dalej.

Gdybym była producentem żywności moje wszystkie dania byłyby różnego rodzaju paczuszkami, które skropione wodą, rozkwitają. Słowem, im prościej i szybciej, tym więcej punktów w mojej skali. 

Zatem śpię. Po godzinie zapachy płyną pachnącą smużką po schodach i docierają do sypialni. Z dołu dochodzą dzwonki. Tu też słowo wyjaśnienia, ale dalej w klimacie, im prościej tym lepiej, zamiast krzyczeć na cały dom, że posiłek gotowy dzwonię dzwonkami, a że je zbieram - mam nawet taki od krowy, a może kozy? - nieważne, to ich trochę jest. Dzwonią, no to idę. Śniadanie pachnące czeka na stole. Ogarniam wzrokiem kuchnię i widzę armagedon, który się tu wydarzył. Ale siadam przy stole z absolutnym spokojem, radością i wdzięcznością zaczynając konsumpcje.

Teraz wersja cierpiętna:

Sobotni poranek, "stary" wstaje wcześniej i mówi, że idzie zrobić śniadanie, więc wyrywam z wyra jak bolid F1 i lecę razem z nim, a nawet na schodach (mniej więcej na półpiętrze, tam mam więcej miejsca) plasuję się na pierwszym miejscu. Muszę mieć przecież kontrolę. 

Od wieczora szlak mnie trafia, bo wiem co chce zrobić. Omleta z frytkami mu się zachciało, normalnie pogięło gościa, jakaś niunie w telewizji poniosło i ja teraz będę miała pół kuchni rozpieprzone, wszystkie możliwe gary użyte, syf na podłodze, na blatach i lodówkę pustą. Nie mówiąc już o tym, że będzie to trwało (bo perfekcyjny jest i jak w przepisie będzie, że na jednej nodze trzeba stać, to stać będzie). 

Tak więc, kontroluję ilość sera, oleju, ziemniaków, jajek, wtykam nos patrząc, czy krojona cebula ma odpowiednią kostkę, krytykuję, że ja bym gaz zmniejszyła, soli mniej dodała, ogólnie mam władzę. Atmosfera już jest mocno gęsta, córki oberwały już cztery razy. Siadamy do jedzenie, a przy stole awantura wybucha co pięć minut. Kończymy śniadanie w momencie wystrzelenia ostatniego naboju. Dzień zepsuty, foch na tydzień, po prostu cudo.

Rozumiecie, o co mi chodzi? To ja wybieram szczęście lub drogę strachem podszytą, który w tym konkretnym przypadku przyjął wiele twarzy. Ja naprawdę żyłam w takim absurdzie, ale wcześniej nie wiedziałam, że można inaczej. Ta nowa wersja dużo bardziej mi się podoba. I nawet gdy zdarza mi się wrócić do cierpiętnej, to mniej więcej na schodach orientuje się co robię i mówię do siebie: znam Cię moje stare głęboko tkwiące kontrolne zachowanie, nie muszę już w nim uczestniczyć, wiem co to doświadczenie za sobą niesie, zatem wybieram wersję normalną, a jeżeli mam mało sera w lodówce, to zanim wrócę do łóżka, spokojnie poinformuję o tym męża :-)

Droga rozwoju duchowego, osobistego łatwa nie jest, ale wybrałbym ją jeszcze raz :)

Dzięki Wielkie za przeczytanie i zapraszam na długi weekend. 
To najlepszy krok, by zacząć lub kontynuować swój rozwój :) http://sznyterman.blogspot.com/2016/01/tydzien-z-natura.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz