środa, 10 czerwca 2015

Mogielico witaj znów!



W pierwszych słowach mojego listu chciałam zaprosić Was i wszystkich innych do RMF MAXX na poniedziałkowe mini audycje ze mną.

We wtorki do Groty Solnej Halit na relaksację.

W piątki do Wadowic na Plac Kościuszki 1- tam również przyjmuję.
Iiiiiiiiiii to tyle ogłoszeń parafialnych.


Opisywałam Wam w zimie jak byłam na nartach biegowych na Mogielicy, pamiętacie? Kto nie pamięta może przeczytać wpis marcowy o wdzięcznym tytule: "Relacja z kolejnej trasy..."

Tak mi sie spodobało w zimie, iż postanowiłam zabrać na Mogielicę całą rodzinę.
Tym razem wybraliśmy się tam w zeszły wolny czwartek Start nastąpił o 12 w południe i jakoś wyszedł nam inaczej niż planowałam, bowiem okazało się, że jest Boże Ciało i towarzyszą mu między innymi takie obrządki jak procesje, a że trasa do celu wiodła przez wsie to 30 minut później byliśmy jakieś całe 10 km od domu. Ale uzbrojeni w cierpliwość ruszyliśmy z kopyta o 12.31.
Dojechawszy do celu poszliśmy wypożyczyć cztery rowery ZA DARMO tak samo jak narty w zimie. Mają projekt unijny, który realizują jeszcze przez cztery lata. Sprzęt na zimę i lato dla niepełnosprawnych włącznie. Trasy przygotowane na oba sezony. Raj drodzy moi, po prostu raj. Pożyczyliśmy rowery i.... chwilowo nastąpił czyściec. Nie, nie z powodu sprzętu.
Sprzęt cudo, poniżej małe porównanie z rowerami, które mamy w domu ( kupiliśmy je około 20 lat temu jako hit mody, kiedy rowery górskie wchodziły dopiero na rynek):
Marka
Romet
nasze: Oscar
Waga
aluminiowy - leciutki
stalowy - ciężki
Hamulce
tarczowe
szczękowe
Amortyzatory
brak
Cena
teraz pewnie około –1000 zł
około1000 zł - 20 lat temu

Różnica jest we wszystkim, to tak jak z nowszymi modelami samochodu, starym dojedziesz, ale komfort jazdy jest stanowczo inny. 

OK, let's get back to the czyściec. A więc Marcin pobrał instrukcję oraz mapę od Pana jak dotrzeć na Mogielicę. Hm.... no byłam tam niecałe trzy miesiące temu, ale cóż Pan powiedział, Pan się zna. Męska solidarność. Na nic tłumaczenie, że trasa płaska, bo dla biegówek przygotowana, na nic tłumaczenie, że to nie dawno było i że pamiętam. Usłyszałam tylko, że jak się idzie to jest inaczej, niż jak się jedzie.
Ok mówię, proszę prowadź. Pierwsze 10 metrów, które pokonaliśmy było po płaskim, a potem kąt wprost dla rowerów 170 stopni. Jagoda dostała ataku duszności, wszyscy zeszliśmy z rowerów, pot wystąpił wszystkim na ciele, ale idziemy dalej. Na szczęście po pół godzinie tyrania pod górę napotkaliśmy Pana z pieskiem odpoczywającego na polanie. Mężczyźni mają trudność z pytaniem o drogę, więc Marcin jako stu procentowy mężczyzna minął Pana, a ja nie przepuściłam okazji i pytam: "czy tędy na Mogielicę dojedziemy?" Na co sympatyczny Pan miejscowy mówi "a skąd" i wymienił wiele różnych miejscowości jakie odwiedzimy jeżeli dalej tą drogą pojedziemy. Chwilowy opór męskiej części wycieczki został przełamany i w pięć minut (bo z górki) znaleźliśmy się w puncie wyjścia.
Minęło jeszcze jakieś 15 minut kłótni wewnętrznej, zanim informacja dotarła i usłyszałam w końcu: "no, możesz mieć rację, ale jakim trzeba być kretynem żeby nie zaznaczyć drogi na mapie???"

Wyruszyliśmy wreszcie we właściwym kierunku, ale z powodu braku czasu po raz drugi nie dotarłam na szczyt. Co nic nie zmienia, bo lato dopiero się zaczyna i wybiorę się tam jeszcze nie raz.

Podsumowując:
Inwestycja w wycieczka to 50 zł na paliwo i kanapki na drogę w plecaku roboty własnej.
Zwrot to zabawa dla czterech osób i jeszcze parę bonusów energetycznych.

Tak, i raj powrócił.

Dzięki Wielkie za przeczytanie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz