środa, 18 stycznia 2017

Słowotwórstwo, armagedon i inne

Jagoda, gdzie jest mój kulkopachozamazywacz!!!??? Wydarłam się na pól domu. Za cholerę nie mogłam sobie przypomnieć nazwy dezodorant. I wyobraźcie sobie - zrozumiała i przyniosła, a raczej oddała. Z drugiej strony, kto wymyślił nazwę dezodorant, skąd ona się wzięła i co znaczy, myślałam na głos? Bo mój pomysł choć długi - przyznaje, bardziej oddaje, (tak mi się przynajmniej wydaje) jak się okazuje francuskie desodorieser czyli pozbawić woni.

Zeszłam na dół i zaczęłam przygotowywać śniadanie. Podczas mycia kubków do kawy, uderzyłam jednym o drugi i o matko, ku mej rozpaczy jeden z nich pękł. Dramat!!! - wykrzyknęłam, tym razem na cały dom. Reszta domowników zbiegła na dół, zastając mnie w żałobie po ulubionym kubku.

Bo rozumiecie uwielbiam, te kubki za wszystko: za design, za grubość ścianek, za to że jest podwójny i nie parzę sobie rąk, za idealną pojemność, no za wszystko po prostu.

Rozbiłam ich już kilka, a jest kłopot z ich dostępnością, bowiem są ze szwedzkiej firmy, która handluje tylko z agencjami reklamowymi (tu na szczęście mam wtykę w postaci męża 😃), ale same nie należą do najtańszych i dodatkowo, by rozłożyć koszty dostawy, trzeba poczekać na jakiś większy transport.

Sami rozumiecie - smuteczek. 

Marcin stwierdził, że podziela mój żal tym bardziej, że to jego kubek akurat stłukłam. A po chwili zastanowienia dodał już kompletnie bez smutku, a nawet z pewną dozą ironii: to już kolejny kubek, który stłukłaś, zlew rozbiłaś, w blacie wypaliłaś dziurę, sarnę zbiłaś, auto pokiereszowałaś, i zdemolowałaś garaż, a to przecież nie wszystko -Ty jesteś jak jakiś A R M A G E D O N!!! - uprzejmie przeliterował.

Okej - odpowiedziałam, śmiejąc się - dobra z garażem trochę mnie poniosło, ale wyjątkowo poirytowała mnie ściana - przecież znam gabaryty swojego auta - dosłownie milimetr i by przeszedł - a poza tym, zderzaki są właśnie po to, okej - tu gestem powstrzymałam Marcina, który chciał uściślić straty - wiem, wiem uszkodzenia wyszły trochę poza zderzak, - ale jeszcze milimetr i by przeszedł... i w ogóle skąd mogłam wiedzieć, że garaż taki lelawy jest? Że ledwo go dotkniesz i się rozpada... 

Tak, tylko że ten dotyk, miał dwie tony!!! - zrzędliwie zauważył mój mąż.

Okej, dobra, już - mówię - przejdźmy do pozostałych zarzutów, racz drogi mężu spojrzeć na nie statystycznie, wówczas, owe doświadczenia po prostu muszą wypaść na mnie, albowiem gary myję ja, gotuję ja, autem jeżdżę ja, zatem to o czym wspomniałeś w skali lat, ilości naczyń, przejechanych kilometrów i wyskakujących przed maskę kopytnych na drogę, to detale zaledwie są i stanowią niewielki ułamek tego, co mogłoby mi się przytrafić. A poza wszystkim to świetna dziesięcina jest!

No nie wiem, nie wiem - zamruczał miś.

Kurtynaaaa 😃

Dzięki wielkie za przeczytanie

2 komentarze: