środa, 25 czerwca 2014

Ja kontra Ja.

Choroba to nasz sprzymierzeniec. Pokazuje nam ona, iż pod kołderką bólu fizycznego zawsze kryje się studnia bólu mentalnego pełnego schematów, nawyków, występowania przeciw sobie, żalu, strachu słowem całego arsenału ran, którymi jesteśmy w stanie siebie potraktować.

Gotowość do pozbycia się choroby czy jakiegoś dyskomfortu to stanowczo więcej niż zażycie tabletki czy pójście na operację. To trudna droga rekonwalescencji, pracy nad sobą, która czasem zajmuje mniej  a czasem więcej czasu. Pozwólcie, że zobrazuje Wam to moim przykładem.

Moja młodsza córka urodziła się z potężną alergią pokarmową i wziewną. Martyna serwowała różne atrakcje z zapaściami włącznie. No jednym słowem było naprawdę kolorowo. Chodzi jednak o to co działo się wtedy ze mną. Jeździłam z Martyną po lekarzach i szpitalach, z których nas wyrzucali a następnie dzwonili do lekarzy by takich dzieci do nich więcej nie przysyłać, bo sobie nie radzą. I tak odbijałyśmy się, bo nikt nie wiedział, co jej jest. Trwało to trochę (około roku) zanim trafiłam na cudownego lekarza , który podjął się leczenia Martyny. Zrobił to jednak z dużą dozą ostrożności, gdyż stwierdził, że takich dzieci jak ona leczył tylko parę. Wszystkie te czynności wykonywałam oczywiście z drugą dwuletnią wtedy córką.  Mówię Wam, takich dwóch jak nas trzech to nie było wtedy ani jednej. Byłam królową cierpienia, mistrzem rozpaczy a jednocześnie supermenem w spódnicy, spidermenem w spodniach ba - całą ligą sprawiedliwych. Nie potrafiłam poprosić o pomoc. Wszystko robiłam sama. Odrzuciłam wszystko i wszystkich. Mojego męża w trzecim dniu po powrocie ze szpitala wyrzuciłam z urlopu do pracy i pozwoliłam mu wrócić po pięciu latach! Jeździł budować dom, kosić istniejącą lub nie istniejącą trawę. Rodziców, teściów, dziadków. Nie było nikogo. Byłam ja i moja kołdra puchowa wypchana cierpieniem.  Samotna matka polka z dwójką dzieci. Tak nauczyłam się skupiać uwagę i energię innych. A uwierzcie mi bez problemu pozyskiwałam słuchaczy, którzy żalili się nade mną, zapewniając mnie o tym, że z pewnością świętą zostanę.

Cóż zatem za schemat mogłam mojej córce przekazać? Odpowiem Wam słowami Martyny, która zapytana parę dni temu przeze mnie o zakończenie doświadczenia z alergią odpowiedziała: nie. Zapytałam dalej: Po co ci ona? Ponieważ ja ją lubię - padła odpowiedź. Dlaczego ją lubisz - drążyłam. Bo koleżanki nowe i stare są zainteresowane oraz Ty poświęcasz mi więcej czasu jak coś się dzieje. Przypominam, że Martyna ma 11 lat.

I może powiecie bzdura, dziecko nie wie co jest dla niego lepsze. Ale ja wiem o czym ona mówi i rozumiem ją całkowicie. Uwielbiamy, kiedy mamy powód by być nieszczęśliwymi . Szczęście odnajdujemy w cierpieniu. Wiem, bo sama wielokrotnie tego doświadczyłam. Wiem również, że alergia Martyny minie, kiedy będzie gotowa i zrozumie głęboko pod nią przykryty problem. Oczywiście pomogę jej w tym. Skąd mam tą pewność, po pierwsze coraz lepiej rozumiem proces a po drugie jej samouzdrowienie z alergii na gluten nastąpiło w wieku 8 lat. To był czas kiedy ja zaczęłam intensywną pracę nad sobą. Medytacje, oczyszczanie itd. Martyna któregoś dnia przyszła do mnie i powiedziała: Mamo jedźmy do szpitala na prowokację, bo ja mogę już jeść gluten.  Pomyślałam najpierw: dziecko mi zwariowało, potem: no nie znowu szpital, plastikowe krzesła do spania, ale kolejna moja myśl była już inna. Okej skoro córka dziedziczy po matce a ja zaczęłam pewien proces to, ma to sens.... okej, jedźmy więc. Umówiłam się do lekarza, przekazałam mu przesłanie Martyny. Wypisał powątpiewając w powodzenie akcji skierowanie i pojechałyśmy już w tak znajome miejsce. Sztab lekarzy (powiększony znacznie po ostatnich naszych wizytach) został zaangażowany w prowokacje Martyny. Po tygodniu wyszłyśmy tryumfalnie ze szpitala ku zdziwieniu wszystkich.
By to uczcić pojechaliśmy wszyscy na mule. Jednak Martyna zainteresowana była czymś innym. Zapytała: mamo mogę? A ja odparłam: tak. I tak Martyna w wieku 8 lat zjadła pierwszą bułkę.

Kiedy tak czytam, to co napisałam wyżej to wiem, że dzisiaj na pewno lampkę wina wypiję za pracę nad sobą. Każdy ma swoje życie i swoje doświadczenia, które kierują go zawsze ku rozwojowi. Czasami ta droga okupiona jest wielkim cierpieniem. W wielu przypadkach oczywiście kompletnie niepotrzebnym. Ale jak to mówi pewne przysłowie "jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz".

Dzięki Wielkie za przeczytanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz