środa, 27 stycznia 2016

Naprawdę, kurwa czasami nie jest łatwo, ale się da!

Gdy Martyna miała 4 lata, postanowiłam zapisać ją do przedszkola. jednak w uwagi na jej chorobę musiałam przy rozmowie uświadomić Panie z czym wiąże się przyjęcie jej do placówki. 

Po wysłuchaniu informacji o specjalnej diecie, o lekarstwach, o tym co mają robić w przypadku ataków duszności, zapaści i innych atrakcji, które moja córka serwowała z zaskoczenia, bo nigdy nie wiadomo było, co jeszcze będzie katalizatorem, odpowiedź była zawsze jedna „nie, my sobie z takim dzieckiem nie poradzimy”. 

Od wielu przedszkoli w Krakowie odbiłyśmy się i któregoś razu, gdy znowu nam powiedzieli nie, siedziałyśmy w aucie. Właśnie miałam włączać silnik, gdy Martyna zapytała mnie: „mamo, a jak ja będę zdrowa, to oni będą mnie chcieli?” Pytanie zadała tak poważnie, nie było w nim żalu, chciała po prostu wiedzieć. 

Ja natomiast w trakcie odpowiedzi nie wytrzymałam i wybuchłam płaczem. Wściekłość i bezradność wychodziła każdą częścią mojego ciała. Zadzwoniłam do Marcina wydarłam się na niego, nie, nie wydarłam się, krzyczałam tak, że cała okolica mnie słyszała. Gdy rzuciłam słuchawką Martyna spokojnie powiedziała: „nic nie szkodzi mamo, wystarczy mi moje jedno przedszkole”. 

Miała na myśli domy kultury, z których korzystała wówczas (i tak zresztą zostało do dzisiaj). Martyna z uwagi na swoją chorobę od maleńkiego była bardzo odpowiedzialna. Po chorobie zostało już
niewiele, ale ona dzięki niej potrafi słuchać siebie i z najlepszej imprezy wyjdzie w środku, gdy poczuje, że ma dość.

Doświadczenie to rzutowało na wszystkich. 

Mnie dawało ono poczucie ważności, byłam bohaterką  w oczach innych, odważną kobietą stawiająca czoła takim przeciwnościom losu. Naprawdę rządziłam, trudno było znaleźć kogoś, kto by mnie przebił. 

A jak ktoś próbował i zaczynał z teksem: a tak u mnie jest to samo, mój syn/córka też ma alergię. To nawet nie kończył, albo kończył (w zależności od mojego nastroju), gdy ja, jak wilk obserwujący swoją ofiarę czaiłam się do skoku. 

Martyna oferowała cały wachlarz zdarzeń, była jak bomba wybuchowa, nie mieściła się w żadnych standardach. Reagowała gwałtownie nawet na stres! Zatem dowolna moja opowieść dosłownie zmiatała przeciwnika z nóg.

Bo czy ktoś widział swe dziecko w zapaści? Nieoddychające, sine? Lub musiał być gotowy, do wbicia pena z adrenaliną w późniejszej wersji, bo wcześniej było tak: odpakuj igłę, strzykawkę, uzupełnij adrenaliną w ampułce, wyciśnij kropelkę, wbij, by pobudzić akcję serca zanim karetka dojedzie? Lub uczyć swoje dziecko, by w razie ataku zrobiło to samo, gdyby mnie nie było w pobliżu? Lub patrzeć na prowokację Martyny, przy której zawsze była pełna obsada jak do operacji i widzieć strach w oczach lekarzy, gdy widzieli co się dzieje na maszynach podłączonych do niej i zrozumieć, że objawy, które ja widziałam bez tej aparatury gołym okiem były już daleko za daleko i uświadomić sobie, ile razy dziewczyna bliska śmierci? Lub gonić lekarkę z chęcią mordu za spowodowanie szoku anafilaktycznego? 

Swoją drogą to było nawet zabawne (jak dzisiaj  na to patrzę). 

Za każdym razem w szpitalu odbywała się ta sama scenka: lekarze wypytywali o wszystko, słysząc, notując ale kompletnie nie słuchając, więc i tym razem było tak samo, z tym tylko wyjątkiem, że owa ignorancja spowodowała szok anafilaktyczny u Martyny. 

Za każdym razem oczywiście przy dziecku czuwa rodzic (w różnych warunkach, ale o tym nie będę pisała), monitorując parametry, i jak zwykle jest pierwszą osobą, która zostaje zaskoczona i musi zareagować. 

W tym przypadku osuwające, tracące świadomość dziecko łapałam, reanimowałam, jednocześnie wzywając pomocy. Gdy zjawił się personel i zapanował jako tako nad sytuacją, moim oczom ukazała się lekarka, która nas przyjmowała. 

Wściekłość, stres i strach, który mi towarzyszył od urodzenia Martyny zaowocował chęcią popełnienia morderstwa, tu i teraz, a ofiara w pełni sobie na to zasłużyła - tak przynajmniej wówczas myślałam. Pazury urosły mi o 10 cm, na ciele  pojawiły się cętki wszelakie, włosy zjeżyły się, a zęby zstąpiły kły tygrysa.

Rzuciłam się z wściekłością w jej stronę, Marcinem który stanął mi na drodze, rzuciłam o ścianę jak piórkiem, a to 120 kilo żywej wagi (oj, oberwę dzisiaj za te cyferki), lekarka natomiast zorientowawszy się co się dzieje, po prostu uciekła.

Przyszła wieczorem i przeprosiła, ale kolejnej nocy, gdy z Martyną nadal było źle, około 23 podjęli decyzję, że nie poradzą sobie z ustabilizowaniem Martyny, i wywieźli nas karetką na sygnale do innego szpitala. Kolejnego dnia natomiast zadzwonili do naszego lekarza prowadzącego, by takich dzieci więcej im nie przysyłać.

Sami widzicie, trudno było mnie przebić. A to tylko mała próbka. Aż przyszedł moment, kiedy dalej tak żyć się nie dało. I zaczęłam szukać, a wiedziałam, że się da, bowiem nie pierwszy raz się podnosiłam. 

Dlatego trudno jest mnie dzisiaj zaskoczyć czymś, bo mam pełen wachlarz doświadczeń, z takim nazwiskiem zwłaszcza (ale to temat na inną historię) i wiem o czym, ktoś do mnie mówi, choć ja wówczas niekoniecznie powiem cokolwiek.

Czasami w związku z tym mogę wydawać się delikatnie mówiąc dziwna, jak mówi Marcin "jesteś przemądrzała i z Tobą nie da się rozmawiać", ale ja wiem jaką frustracje wzbudzają moje pytania i poglądy i wiem również, że dopóki mojego rozmówcę one poruszają to temat go dotyczy, i praca jego nad sobą idzie pełną parą, a wiem o tym z autopsji. Czasami słyszałam również, że jestem bez serca, a ja żal zastąpiłam zrozumieniem, a litość współczuciem. To jest ogromna różnica.


Z tego właśnie powodu zajmuję się dzisiaj uzdrawianiem, a dokładniej pokazuję jak samemu się uzdrowić. Bo tkwienie w żalu, nienawiści, strachu czy jakimkolwiek innym destrukcyjnym schemacie, niszczy właściciela i jego otoczenie. 

Kończąc, wiem, że nie ma jednego remedium, bowiem każdy musi znaleźć swoje, każda droga jest dobra, która Wam służy, a jeżeli podążacie ścieżką, która Wam nie służy, po prostu ją zmieńcie i szukajcie dalej.


Dzięki Wielkie za przeczytanie i zapraszam na długi weekend, cała oferta tutaj: http://sznyterman.blogspot.com/2016/01/tydzien-z-natura.html, może dla kogoś to będzie początek jego drogi :)


2 komentarze: