środa, 17 września 2014

Homeostaza.


Byłam ostatnio na szkoleniu gdzie prelegentami byli między innymi naukowcy ze świata medycyny i biologii. Opowiadali oni o cudownych właściwościach ziół i roślin.

Okazuje się moi drodzy, iż roślina (w tamtym przykładzie rzecz tyczyła się, o ile dobrze pamiętam aronii) przesadzona z warunków idealnych na podłoże, delikatnie mówiąc nie korzystne potrafiła nie tylko zneutralizować szkodzące jej związki, a ponadto wykształciła wzbogacające je właściwości. Ważne jest to, że nigdy by do tego nie doszło w warunkach idealnych, to znaczy nic nie zmusiłoby jej do wzbogacenia samej siebie, gdyby nie przysłowiowy „gwóźdź”.


Ten przykład ze świata flory nie jest nam ludziom obcy. Nasz organizm cały czas kontroluje między innymi płyny ustrojowe, temperaturę, sprawdza ciśnienie krwi, by móc utrzymać naszą stabilność.  

Jeżeli natomiast popatrzymy na ów proces od zewnątrz to zauważcie, iż dopiero wtedy jesteśmy twórczy, kiedy znajdujemy się w sytuacji trudnej, kłopotliwej, tragicznej lub takiej, która na tyle nam nie pasuję, że wymusza jakieś nasze działania. Bardzo często znajdują się wtedy rozwiązania, których wcześniej byśmy nie dostrzegli.

Okazuje się moi drodzy, że człowiek, tak jak wszystko w naturze dąży do homeostazy czyli do zachowania równowagi w systemie.

Okazuje się również, że mój mąż ciągle dąży i dążył do homeostazy a ja myślałam, że to lenistwo. A pod nosem miałam naukowy dowód. Teraz ktoś może powiedzieć: niezła wymówka, ale poczekajcie z osądem.

Bo uwaga: Marcin dopóty będzie wykonywał kłopotliwą czynność, dopóki uprości ją do maximum, zachowując oczywiście jej jakość lub opanuje ją na tyle, by za pomocą np. naciśnięcia jednego klawisza w Excelu, stworzyć raport, który normalnie zajął by mu miesiąc. Wtedy jego system osiągnie lub wróci do równowagi. Dodatkowo wzbogaci on swoje umiejętności, których by nie posiadł, gdyby „gwóźdź” nie pił go zbytnio. 

Przykładów można mnożyć, sami zapewne niejeden moglibyście przytoczyć. Chodzi o to, że ten „gwóźdź” to bardzo pożyteczne cóś. Należy go traktować jako przyjaciela. Dzięki niemu ciągle dążymy do lepszej wersji siebie, pokonujemy samych siebie, rozwijamy nasze umiejętności, ćwiczymy spostrzegawczość, dajemy sobie radę z rzeczami, które jeszcze wczoraj były nie do przeskoczenia, wciąż i niezmiennie zaskakujemy samych siebie.
Bo kiedy już dojdziemy do siebie po załamaniu nerwowym, ufundowanym przez „cósie”. Kiedy będąc jeszcze w lekkim szoku znajdziemy rozwiązanie powodujące wyjęcie „gwoździa”. Kiedy z pewną dozą niepewności wprowadzimy pomysł w życie. Kiedy przekonamy się, że działa, a my nadal jesteśmy w jednym kawałku i kiedy w końcu okaże się, że „cóś” nie był aż tak straszny, to zaopatrzeni w nowe umiejętności i doświadczenia, nowe postrzeganie świata naokoło siebie, z całkiem nowiuśką strefą komfortu, przygotowani na to co przed nami i pewni, że nie ma takiej góry, na która byśmy się nie wspieli,  powrócimy kochani do przyjemnej homeostazy.

Bowiem, jak mówi hinduskie przysłowie:
„Człowiek jest jak dom o czterech pokojach -
jest pokój ciała, pokój umysłu, pokój emocji i pokój ducha.”

Dzięki Wielkie za przeczytanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz